Mijają już 2 miesiące, odkąd wróciłam do pracy. A właściwie powinnam sprecyzować – poszłam do pracy, bo praca jest nowa. Urlop macierzyński skończył mi się pod koniec czerwca, ale dałam sobie jeszcze dwa miesiące wakacji na dodatkowy czas z Aleksem i sierpień na jego swobodną, bez presji adaptację w żłobku. Od września zaczęłam pracę w polskim oddziale międzynarodowej firmy. Trafiło mi się bardzo fajnie, bo i stanowisko i warunki takie, na jakich mi zależało, a do tego atmosfera i ludzie – pozytywni. Wciąż jeszcze wielu rzeczy się uczę, ale bardzo mi się tu podoba. I choć byłam pełna obaw jak przeskoczę z codziennego rytmu „dom” na „praca-żłobek-dom” to udało się szybciej niż bym mogła się tego spodziewać. Brak tu monotonii, która chcąc nie chcąc przejawiała się z upływem urlopu macierzyńskiego… Jestem pedantką i perfekcjonistką, co przy małym dziecku okazało się być bardzo zgubne. Ale są to cechy mojego charakteru i coś, czego nie jestem w stanie zmienić. Nie byłam w stanie udawać, że nie widzę bałaganu, piętrzących się w zlewie naczyń i ignorować pustej lodówki. Oczywiście nie stawiałam nigdy obowiązków ponad Aleksa, ale teraz mogę stwierdzić z pełną świadomością – zaharowywałam się. Zamiast ładować baterie, nadrabiałam kiedy spał. Teraz byłoby mi łatwiej, bo aktualnie ma jedną, długą drzemkę (+/- ok. 2h), ale wówczas miał 2-3 drzemki po 30 min max… i jak tu zrobić cokolwiek? Wystarczało na szybki prysznic, a w kolejnej na posiłek. Nigdy nie był i wciąż nie jest płaczącym (odpukać!) maluchem, ale mimo wszystko – absorbującym, ciągle przy nodze. Więc starałam się wszystko co mogłam, robić z nim. Nasz dzień na macierzyńskim to była wieczna walka z czasem. Rano odgruzowywanie mieszkania, później spacer, zakupy, jedzenie, pranie, sprzątanie…itp. Po pewnym czasie zaczęła mnie męczyć ta monotonnia. Każdy dzień zaczynałam schematem, każdego dnia podliczałam co udało mi się zrobić. W tym wszystkim uciekło mi, że udało mi się coś najwspanialszego – w 100% być z moim synkiem wtedy, kiedy mnie potrzebował. 14 miesięcy byliśmy razem całymi dniami. Z rozrzewnieniem wspominam już tak odległy (tak mi się wydaje) okres, bo teraz przyszło NOWE. Nie gorsze, ale z całą pewnością inne.

Paradoksalnie mając o wiele mniej czasu, doba jakoś mi się wydłużyła. Choćby z uwagi na to, że zaczynam dzień wcześniej, bo o 6. Dziś akurat wcześniej, bo o 5:30 brałam prysznic 😉 Na macierzyńskim wstawaliśmy z Aleksem ok. 8-8:30. Także teraz mam ekstra 2 godziny. I dodatkowo mam ten komfort, że rano to K. go odwozi do żłobka. Dużym plusem mojej pracy są elastyczne godziny. Nigdy wcześniej w takim systemie nie pracowałam, ale dla mnie jako matki – jest niesamowicie wygodny. W zapomnienie odeszła obawa, że się spóźnię do pracy – muszę się w niej pojawić pomiędzy 7 a 9, więc nie ma czegoś takiego jak spóźnienie. Początkowo chodziłam do pracy jak w zegarku, na 8, teraz dowolnie rozporządzam czasem rano. Zwykle jestem w pracy pomiędzy 7:15 a 7:30, pamiętając, że im szybciej zacznę working day, tym szybciej będę mogła pojechać odebrać Aleksa ze złobka. Ale też bez zbędnej spiny, „że muszę”. Zdarza mi się zostać chwilę dłużej w pracy, ale staram się by nie było to dłużej niż do 16, choćby też z uwagi na większe korki o tej porze. Zwykle ok. 16:15-16:30 jesteśmy już w domu. I mamy całą chatę dla siebie 🙂 Pomimo tych wydawałoby się króciutkich popołudni, czasem wydłużają mi się maksymalnie. Ostatnio złapałam siebie na tym, że wydawało mi się, że TYYYLE zrobiłam w domu (nie zaniedbując przy tym Aleksa), że aż realnie się zdziwiłam, jak spojrzałam na zegarek, a nie było jeszcze 18. Od niedawna przestawiam się też na nieco szybsze kładzenie Aleksa spać. Chcąc nie chcąc budzi się z nami rano, często ok. 6 i wieczorem (pomimo drzemki w żłobku) wydaje się być szybko padnięty. Od kilku dni staram się dawać mu kolację o 18, ok. 18:30 szykuję mu kąpiel, potem pielęgnacja, witaminki i jak wszystko pójdzie dobrze to o ok. 19 już śpi, a my mamy „wieczór dla dorosłych” 😉 Tak więc mam czas dla K, oglądamy razem jakiś film/serial, jemy kolację, jakiś prysznic i tak się kończy dzień pracującej matki. Za to nadrabiamy zaległości w weekendy. I ja i K. mamy je wolne, więc w całości spędzamy je we trójkę, często poza domem, widujemy się z dziadkami, wyznaczamy sobie „misje” i sprawy do załatwienia, a czasem zwyczajnie zalegamy na łóżku i robimy słodkie NIC. W minioną sobotę, jak Aleks poszedł spać na 2,5h, to my z tego przez 2h… też spaliśmy. 🙂 Także paradoksalnie jest więcej czasu na wszystko…i nic też. 🙂

Czy żałuję posłania Aleksa do żłobka? Niestety nie udało nam się uniknąć dwóch chorób – zapalenia płuc i jelitówki, ale mimo wszystko nie żałuję. Wszystko zależy od indywidualnego położenia i potrzeb danej rodziny. U nas decyzja o moim pójściu do pracy zapadła jeszcze w ciąży. Kierowaliśmy się dobrem swoim i Aleksa. Nasze wspólne dobro to nasz byt – spłacamy kredyt za mieszkanie, a wraz z rozwojem dziecka rosną jego potrzeby, które przekładają się na wydatki. Praca pozwala te potrzeby realizować. Poza tym pomimo ogromnych pokładów miłości do Aleksa nigdy nie widziałam siebie w roli „Matki Polki” latami siedzącej w domu. Jestem osobą dynamiczną (nie mówię, że te siedzące w domu są bierne ;)) i zwykle udawało mi się łączyć wszelkie obowiązki ze sobą. Czuję się mistrzem planowania, a „siedzenie” całymi dniami w domu (choć z siedzeniem nie mające wiele wspólnego) nie było wszystkim, co chciałam robić w życiu. Z drugiej strony bardzo się cieszę, że Aleks może tyle czasu spędzać z innymi dziećmi, obserwując je uczy się nowych rzeczy, a po powrocie ze żłobka i dom i rodzice wydają się być jeszcze bardziej interesujący. Z kolei ja też po całym dniu pracy cieszę się  z każdej minuty z nim spędzonej… Karmię go, bawimy się, przytulamy – wszystko na sto procent, bez zerkania na zegarek czy w telefon. A już niedługo będziemy sobie opowiadać, jak nam minął dzień, bo rośnie nam mała gadułka… 🙂

Reklamy