Zupełnie nie wiem jak to się stało, ale Aleks skończył 2 latka. Bardzo często dumam nad upływającym czasem, ale teraz to już przegięcie! Przecież dopiero co byłam w ciąży, która dłużyła mi się miesiącami, pamiętam dzień, w którym urodził się nasz syn, jakby to było wczoraj, a tu taki numer! Mam wrażenie, że odkąd Aleks pojawił się na świecie, czas jakby maksymalnie przyspieszył. W końcu wtedy miałam jeszcze 25 lat, a teraz za niespełna 2 miesiące skończę 28! 

Jak przeprowadziłam się do Poznania, miałam jeszcze 20 lat i czułam się taka dorosła! Całe moje życie zmieniło się w jednym momencie, po podjęciu tej jednej decyzji. Pamiętam jak dziś, kiedy to wszyscy od 23+ wydawali mi się już tacy nudni i nie chciałam być „w ich wieku”. Teraz sama się z siebie śmieję. 😉 Kiedy to było – to 23? Teraz czas nieuchronnie przybliża mnie do trzydziestki, a na koncie odhaczam coraz to nowe wspomnienia. Chyba czas przygotować listę pt. „Co muszę zrobić do 30-tki”… ale czy zdążę? 😉

Kolejny rok z Aleksem był zupełnie inny niż ten pierwszy. Tamten upłynął nam w dużej mierze w domu, razem – w końcu wówczas byłam na urlopie macierzyńskim. Cały czas raduje moje serce świadomość, że nie musiałam wtedy jeszcze wracać do pracy, że mogłam być z Aleksem przez cały ten rok. Za to kolejny, choć był zupełnie inny, to miał tyle samo plusów! Powrót na rynek pracy był ogromnym przewrotem w życiu moim i naszej rodziny, miałam pełno obaw posyłając Aleksa do żłobka, czułam się jak matka gorszego sortu z myślą, że zostawiam mojego synka, ale… żadna z obaw się nie potwierdziła!

Pójście do pracy to było najlepsze, co mogło nam się przydarzyć! Nie tylko pod względem finansowym. Miałam okazję na nowo przewartościować swoje dotychczasowe priorytety. Owszem, macierzyństwo je zmienia, ale praca również. Już nie było czasu na przytulanki od rana, ale znaleźliśmy czas dla siebie popołudniu. Nie miałam okazji obserwować jak Aleks dorasta, zmienia się, uczy w ciągu dnia, na bieżąco, ale dostawałam jak na talerzu jego już nabyte umiejętności, kiedy wracał ze żłobka. Żłobek bardzo lubił, mieliśmy dużo czasu na adaptację, co szczerze i od serca polecam każdemu, kto może sobie na coś takiego pozwolić. Niestety byliśmy zmuszeni żłobek zmienić, przez pewną sytuację, która dość mocno rozwaliła nas emocjonalnie, ale nowy żłobek jest dużo lepszy, więc nie ma tego złego, co by na dobre nie wyszło. W naszym przypadku każda zmiana = zmiana na lepsze. 🙂

Macierzyństwo&Praca to trudne połączenie, często wymaga wielu wyrzeczeń, cierpliwości i przede wszystkim siły, ale po raz kolejny przekonałam się, że tylko jeśli się chce (i trzeba) to można góry przenosić! 🙂  I choć byłam pełna obaw jak przeskoczę z codziennego rytmu „dom” na „praca-żłobek-dom” to udało się szybciej niż bym mogła się tego spodziewać. Po prostu nie miałam zbytnio czasu na rozmyślanie, był tylko ten na DZIAŁANIE!

Co jeszcze dał mi powrót do pracy?

Przede wszystkim, na pewno nie mogę narzekać na monotonię 🙂 Każdy mój dzień, zarówno w pracy, jak i poza nią wygląda zupełnie inaczej. Oczywiście, wciąż jest kilka stałych elementów, ale dosłownie mogłabym je zliczyć na palcach jednej ręki.

Zawsze umiałam dobrze planować swój czas, jeśli miałabym wskazać co umiem robić najlepiej – to właśnie to. A dodatkowo, jako matka mam okazję się swoimi umiejętnościami w tym zakresie wykazać. Mam też bardzo sprawiedliwego sędzię – swoje dziecko. Powtórzę się, mówiąc, że paradoksalnie mając o wiele mniej czasu, doba mi się jakoś magicznie wydłużyła. Po prostu musiałam z dnia na dzień nauczyć się, jak planować czas, by mieć go na wszystko co chcę.

Zaczęłam od planowania dnia na stojącym kalendarzu z widokiem na cały tydzień. Planuję w nim zarówno to, co muszę zrobić w pracy, jak i przed i po niej, weekendy również. Wpisuję wizyty lekarskie, wizyty u kosmetyczki, fryzjera, wyjazdy, ale też to, że muszę zrobić zakupy, paznokcie czy, że planuję z kimś się spotkać. Tak, tak… może brzmi śmiesznie, ale w miejscu „sobota” mam aktualnie wpisane „Asia&Maciej”. Macierzyństwo i praca w dużej mierze zabijają spontaniczność, bo jeśli chcemy się z kimś spotkać, to po prostu musimy znaleźć na to czas, a co za tym idzie (by nie zapomnieć) – umieścić to w kalendarzu 😉

Nie jest to planowanie na wyrost, po prostu taki przyjęłam system i dzięki temu zawsze udaje mi się zrobić coś, wtedy kiedy chcę. Może dlatego, że to taki bat, który mam nad sobą – jak nie zrobię tego dokładnie wtedy, to nie będę mogła zrobić tego w innym czasie. Także najważniejsze to MIEĆ PLAN i krok po kroku go realizować. Oczywiście wpisuję tam też mniej ważne rzeczy, tak, by w razie czego mieć spokój ducha, że coś mogę odpuścić i świat się nie zawali. Sztuka odpuszczania też jest ważna i pozwala mi zachować zdrowie psychiczne 😉

Czy żałuję posłania Aleksa do żłobka?

Nie i jeszcze raz nie. Spędza tam czas niesamowicie kreatywnie! Uczy się nowych rzeczy i przebywa z dziećmi! Jest szalenie otwarty! Jestem przekonana, że żłobek kształtuje go we właściwy sposób. Bardzo się cieszę, że Aleks może tyle czasu spędzać z innymi dziećmi, obserwując je uczy się nowych rzeczy, a po powrocie ze żłobka i dom i rodzice wydają się być jeszcze bardziej interesujący. 😉 Dłuższy czas towarzyszyły nam choroby, ale tak jest zawsze na początku, kiedy to młody organizm zetknie się z nowym dla siebie otoczeniem, więc byliśmy na to przygotowani.

Dzięki temu, że Aleks poszedł do żłobka, stał się też bardziej samodzielny, świadomy swoich potrzeb i rozgadany. Dzięki temu nie mamy problemu, by zostawić go z dziadkami, a sami wykorzystać ten czas na sobie tylko znane sposoby 😉 Wkręciliśmy się na maxa w escape room’y i odwiedzamy je razem z przyjaciółmi, czasem pojedziemy gdzieś dalej niż do restauracji, a kolejne wakacje w trójkę nie były dla nad udręką. Staramy się, by życie z małym dzieckiem nas nie ograniczało. Wiadomo, że chcąc nie chcąc większość aspektów życia jest podporządkowanych małemu człowiekowi, ale NIE WSZYSTKIE! 🙂

Dopiero, kiedy zostałam zmuszona, by nauczyć się planować swój czas jako matka, żona, pracownik, kobieta, przyjaciółka… zdałam sobie sprawę, że nie jest to takie proste łączyć te wszystkie JA. Nie wiem, czy tym zdaniem nie wystawię się na publiczny lincz, ale chyba jest mi łatwiej ogarniać tyle spraw na raz, a przede wszystkim łączyć Macierzyństwo&Pracę niż SIEDZIEĆ W DOMU.

Byłam tam, widziałam to. Siedziałam rok w domu i wiem doskonale, że urlop macierzyński nijak się ma ani do urlopu, ani do siedzenia. Ale dzień jakoś mi się rozwalał, kiedy zaczynałam go o 9 (a nie o 5, jak teraz), posiłki gdzieś umykały, albo przesuwały się na bardzo różne godziny, a przebywając w domu, więcej w nim jedliśmy, co = więcej naczyń do umycia i brudziliśmy = więcej zabawek do podniesienia i domu do posprzątania. Jako perfekcjonistka od urodzenia, zaharowywałam się obowiązkami domowymi, a stamtąd pokonałam bardzo krótką drogę do monotonii. Miałam wrażenie, że każdy mój dzień wygląda tak samo, wieczorem już mi się nic nie chciało, a zajmowanie się Aleksem było niesamowicie eksploatujące.

Teraz naprawdę czuję się sobą, czuję, że żyję. Moja praca nie jest lekka jak piórko (raczej wręcz przeciwnie), ale czuję, że odpoczywam psychicznie, odpoczywam od domu, obowiązków, męża i dziecka TEŻ i ładuję baterie na wspólne chwile. Mam powód, żeby się ładnie ubrać, pomalować, zatankować auto… tak niewiele, a tak wiele. Lubię, kiedy mam dużo spraw do załatwienia i lubię to uczucie, kiedy choć większą połowę spraw uda mi się zrealizować. Lubię uczucie wyczyszczonej skrzynki e-mail, opublikowanego posta na blogu, zrobionych zakupów, zrealizowanego treningu. Każdej rzeczy, którą mogę odhaczyć na liście „to do” – i tej papierowej i tej w głowie 😉

Czego jeszcze nauczył mnie ten kolejny rok?

Że warto mieć plan, ale też czasem zdrowo jest odpuszczać. Że nie jestem tylko mamą, ale mam też inne role w życiu. Że bycie mamą nie oznacza rezygnowania ze swojego życia, ambicji i aspiracji. Że kolejna świeczka na torcie nie przybliża nas do starości. Że macierzyństwo to najpiękniejsze uczucie, jakie istnieje. Że każdy dzień z moją rodziną jest najlepszym, co mi się w życiu przytrafiło. Że kocham kochać i być kochaną. I że nigdy z tego nie zrezygnuję.

Reklamy